czwartek, 18 maja 2017

Halo, Premier League, czy to Ty?



Halo, Premier League, czy to Ty?
Na pewno każdy z was to przeżył. Jesteście nastolatkami, nadchodzą święta Bożego Narodzenia, przyjeżdża do was ciocia Grażyna spod Warszawy. Nie widziała was od ubiegłych świąt, oczywiście przytula was tak, jakby oszczędzała na ten moment siły przez ostatni miesiąc, po czym mówi: „Jejku, jak tyś się zmienił!”. Choć tak naprawdę to przybyło wam 1,5kg, 2cm wzrostu i trochę pociemniały wam włosy. Czyż nie tak samo jest z Premier League?

Kończy się sezon 2016/17. O mistrzostwo walczą Chelsea z Tottenhamem, o Ligę Mistrzów Liverpool, Arsenal i oba kluby z Manchesteru, z ligi spada Sunderland, Middlesbrough oraz Hull. Awans wywalczyło sobie (w końcu) Brighton, powróci do elity także Newcastle, trwają baraże. Niby wszystko fajnie, były piękne bramki, kontrowersje, jest walka o wszystko co istotne do ostatniej kolejki. A mimo to słychać głosy: „Eh, może jak awansują zespoły ze starej gwardii to wróci stara, dobra Premier League. Bo ta teraz to już nie to samo”. Nie to samo, no właśnie. Czy aby na pewno?

Zauważyłem na przestrzeni wielu miesięcy, może nie jakiś duży, ale zauważalny odzew dotyczący tego, iż liga angielska miałaby stracić na swoim uroku, m.in. przez fakt, że kluby z bogata historią tułają się od dłuższego czasu w Championship, bądź co gorsza w niższych ligach. Co więcej, mam wrażenie, że mówią to ludzie, którzy są niczym ciocia spod Warszawy, wpadają do Premier League raz na kwartał, pamiętają ją z początku milenium, a o stylu gry takiego Bournemouth nie mają nawet pojęcia. Eddie Howe? To chyba jakiś polityk. Nie, to jeden z 5 najlepszych trenerów w tejże lidze. 

Nie podzielam tego zdania, choć sam mam cholerny sentyment do starej paczki w Premier League, a od FM-a 16 wolę po stokroć FM-a 06 z Portsmouth, Blackburn, Middlesbrough walczącym o puchary i Eddiem Howe jako obrońcą w Bournemouth, zespole z League One.

Jak dużą zmianę przeszła zatem ta liga, by zasłużyć sobie na niezadowolenie ze swojego dzisiejszego wyglądu? Postanowiłem odpalić sobie tabelę z sezonu 06/07, czyli dokładnie sprzed dekady. I wiecie jak wygląda pierwsza szóstka? United, Chelsea, Liverpool, Arsenal, Tottenham i Everton. Znajomo? Wypadałoby do tego grona jedynie dorzucić Manchester City, który był wtedy jeszcze przed zastrzykiem gotówki z Kataru, a tamten sezon zakończył na 14 miejscu. A jak wyglądała czołówka z początku tego tysiąclecia? Praktycznie tak samo, z tym że nieco niżej był Tottenham, a w Lidze Mistrzów grało Leeds. Zatem gdzie te zmiany? Z pewnością w dole tabeli. Przez ligę przewinęło się od tamtego czasu strzelam, że około 40 zespołów. Od takich rewelacji jak Blackpool, aż po tak zniszczone dziś kluby jak Wimbledon (tę historię zna każdy fan angielskiej piłki) czy Coventry. Ale przecież to niczyja wina. Liga angielska nie jest przecież NBA, nie jest ligą zamkniętą. I całe szczęście.
Główną przyczyną takich roszad jest złe zarządzanie klubami. Tu sztandarowym przykładem jest Leeds, które stało się ofiara własnego sukcesu. Klub mający w składzie takie gwiazdy jak Viduka czy Kewell, klub który dotarł do półfinału Ligi Mistrzów wciąż chciał więcej. I wystarczyło parę drogich transferów i nieoczekiwany brak wyniku i cytując klasyka wszystko poszło się je*ać. Brak pieniędzy na spłatę długu i spadek najpierw do Championship, a potem do League One. No właśnie, pozostaje też kwestia samej Chamionship. Jest to horrendalnie trudna liga, różniąca się od Premier League tak jak Akinfenwa od Davida Silvy. Siła, siła i jeszcze raz siła, to się liczy na zapleczu elity i z tym najczęściej nie mogą sobie poradzić kluby do niej spadające. Dochodzą do tego również ogromne różnice finansowe i suma summarum popularna staje się droga Premiership-Championship-League One. Tak było ze wspomnianym Leeds, Portsmouth(tu nawet League Two), z Boltonem czy ostatnio z Wigan. Nie można jednak wszystkiego widzieć w czarnych kolorach. Na tej samej zasadzie, tylko przy mądrym prowadzeniu klubu, przy dobrym trenerze i odrobinie szczęścia można wzbić się tu gdzie są w tej chwili Wisienki Eddiego Howe, który wprowadził ten klub najpierw na zaplecze, a później do elity, gdzie radzą sobie równie dobrze. Tak było również ze Swansea, a powrót z 3 szczebla rozgrywek zaliczyło również Southampton. Czyli jednak można. 
Zmieniła się również sposób gry w elicie. Pojęcie „brytyjskiej kultury gry” odnosi się w tej chwili o wiele bardziej do Championship czy Scottish Premier League niż do samej PL. Gra zdecydowanie przyspieszyła, liczy się w niej bardziej prędkość niż mięśnie, coraz mniej występuje „boiskowych brutali”, taki Wimbledon z końca ubiegłego i początku tego tysiąclecia nie miałby dzisiaj prawa bytu, a piłkarze tacy jak Joey Barton to już „ostatki” tamtych czasów. Wymiernie pokazuje to liczba czerwonych kartek na boiskach ligi angielskiej. W sezonie 99/00 było ich aż 70, w 06/07 już 52, a w tym sezonie jest ich obecnie poniżej 40. Zwiększa się również liczba obcokrajowców, którzy przynoszą ze sobą przede wszystkim błyski talentu technicznego czy finezji, a nie siłę fizyczną i brutalności. Teraz pozostaje sobie zadać pytanie, czy wolimy oglądać futbol odznaczający się brutalnością z przebłyskami piękna, czy czyste piękno gry z dozą brytyjskiego charakteru?


Ostatnio na jednej z grup na Facebooku pojawiło się pytanie, jakie drużyny umieścilibyśmy w PL, gdyby zależało to jedynie od nas. Dominowały kluby, o których już tu wspominałem wielokrotnie: Leeds, Portsmouth, Fulham, przewijało się Milwall z ich fanatycznymi kibicami. Sam również wziąłem w tym udział, dodałem oczywiście Leeds, dodałem Fulham, głównie ze względu na moje uwielbienie do Cravan Cottage, dorzuciłem Milwall, Wimbledon i od siebie Accrington Stanley, które jest moją miłością z Football Managera. Najchętniej widziałbym te wszystkie drużyny walczące co tydzień na antenie telewizyjnej, co nie oznacza jednak, że nie chciałbym tam widzieć Watfordu, Hull czy Swansea. Wręcz przeciwnie. Chciałbym je tam wszystkie! Bo jeśli kochamy słodycze, to nie ograniczamy się przecież do jednego kawałka tortu. 
Futbol ewoluuje, Premier League też, a jedyne co pozostaje bez zmian to emocje, które temu towarzyszą. Brak już co prawda takich zespołów jak „crazy gang” Vinniego Jonesa, jedynych w swoim rodzaju drużyn jak Leeds czy charakterów Erica Cantony, ale mamy za to nową jakość w angielskiej piłce. Widoczna jest duża odwaga zespołów, które wchodzą do elity i chcą w niej grać w piłkę, a nie robić krzywdę rywalom. Należy się jedynie do tego dostosować i cieszyć tym, że liga angielska nie daję się sobą zanudzić, tak jak lecący 20 sezon z rzędu serial w telewizji publicznej. A nawet jeśli uważamy, ze widzieliśmy już wszystko i nie zaskoczy nas nic, to wciąż może się pojawić takie Leicester i zakochujemy się od nowa. Czy ktoś więc w obliczu tego żałuję widząc w PL takie zespoły jak Bournemouth potrafiące wyjść z 0:2 z Liverpoolem na 3:2? No bo przecież czy w takim wypadku lepsze jest wrogiem dobrego?