Halo, Premier League,
czy to Ty?
Na pewno każdy z was to przeżył. Jesteście nastolatkami, nadchodzą święta Bożego Narodzenia, przyjeżdża do was
ciocia Grażyna spod Warszawy. Nie widziała was od ubiegłych świąt, oczywiście
przytula was tak, jakby oszczędzała na ten moment siły przez ostatni miesiąc,
po czym mówi: „Jejku, jak tyś się zmienił!”. Choć tak naprawdę to przybyło wam
1,5kg, 2cm wzrostu i trochę pociemniały wam włosy. Czyż nie tak samo jest z
Premier League?
Kończy się
sezon 2016/17. O mistrzostwo walczą Chelsea z Tottenhamem, o Ligę Mistrzów
Liverpool, Arsenal i oba kluby z Manchesteru, z ligi spada Sunderland, Middlesbrough
oraz Hull. Awans wywalczyło sobie (w końcu) Brighton, powróci do elity także
Newcastle, trwają baraże. Niby wszystko fajnie, były piękne bramki,
kontrowersje, jest walka o wszystko co istotne do ostatniej kolejki. A mimo to
słychać głosy: „Eh, może jak awansują zespoły ze starej gwardii to wróci stara,
dobra Premier League. Bo ta teraz to już nie to samo”. Nie to samo, no właśnie.
Czy aby na pewno?
Zauważyłem
na przestrzeni wielu miesięcy, może nie jakiś duży, ale zauważalny odzew
dotyczący tego, iż liga angielska miałaby stracić na swoim uroku, m.in. przez
fakt, że kluby z bogata historią tułają się od dłuższego czasu w Championship,
bądź co gorsza w niższych ligach. Co więcej, mam wrażenie, że mówią to ludzie,
którzy są niczym ciocia spod Warszawy, wpadają do Premier League raz na
kwartał, pamiętają ją z początku milenium, a o stylu gry takiego Bournemouth
nie mają nawet pojęcia. Eddie Howe? To chyba jakiś polityk. Nie, to jeden z 5
najlepszych trenerów w tejże lidze.
Nie
podzielam tego zdania, choć sam mam cholerny sentyment do starej paczki w
Premier League, a od FM-a 16 wolę po stokroć FM-a 06 z Portsmouth, Blackburn,
Middlesbrough walczącym o puchary i Eddiem Howe jako obrońcą w Bournemouth,
zespole z League One.
Jak dużą
zmianę przeszła zatem ta liga, by zasłużyć sobie na niezadowolenie ze swojego
dzisiejszego wyglądu? Postanowiłem odpalić sobie tabelę z sezonu 06/07, czyli
dokładnie sprzed dekady. I wiecie jak wygląda pierwsza szóstka? United,
Chelsea, Liverpool, Arsenal, Tottenham i Everton. Znajomo? Wypadałoby do tego
grona jedynie dorzucić Manchester City, który był wtedy jeszcze przed
zastrzykiem gotówki z Kataru, a tamten sezon zakończył na 14 miejscu. A jak
wyglądała czołówka z początku tego tysiąclecia? Praktycznie tak samo, z tym że
nieco niżej był Tottenham, a w Lidze Mistrzów grało Leeds. Zatem gdzie te
zmiany? Z pewnością w dole tabeli. Przez ligę przewinęło się od tamtego czasu
strzelam, że około 40 zespołów. Od takich rewelacji jak Blackpool, aż po tak
zniszczone dziś kluby jak Wimbledon (tę historię zna każdy fan angielskiej
piłki) czy Coventry. Ale przecież to niczyja wina. Liga angielska nie jest
przecież NBA, nie jest ligą zamkniętą. I całe szczęście.
Główną
przyczyną takich roszad jest złe zarządzanie klubami. Tu sztandarowym
przykładem jest Leeds, które stało się ofiara własnego sukcesu. Klub mający w
składzie takie gwiazdy jak Viduka czy Kewell, klub który dotarł do półfinału
Ligi Mistrzów wciąż chciał więcej. I wystarczyło parę drogich transferów i
nieoczekiwany brak wyniku i cytując klasyka wszystko poszło się je*ać. Brak
pieniędzy na spłatę długu i spadek najpierw do Championship, a potem do League
One. No właśnie, pozostaje też kwestia samej Chamionship. Jest to horrendalnie
trudna liga, różniąca się od Premier League tak jak Akinfenwa od Davida Silvy.
Siła, siła i jeszcze raz siła, to się liczy na zapleczu elity i z tym
najczęściej nie mogą sobie poradzić kluby do niej spadające. Dochodzą do tego
również ogromne różnice finansowe i suma summarum popularna staje się droga
Premiership-Championship-League One. Tak było ze wspomnianym Leeds,
Portsmouth(tu nawet League Two), z Boltonem czy ostatnio z Wigan. Nie można
jednak wszystkiego widzieć w czarnych kolorach. Na tej samej zasadzie, tylko
przy mądrym prowadzeniu klubu, przy dobrym trenerze i odrobinie szczęścia można
wzbić się tu gdzie są w tej chwili Wisienki Eddiego Howe, który wprowadził ten
klub najpierw na zaplecze, a później do elity, gdzie radzą sobie równie dobrze.
Tak było również ze Swansea, a powrót z 3 szczebla rozgrywek zaliczyło również
Southampton. Czyli jednak można.
Zmieniła się
również sposób gry w elicie. Pojęcie „brytyjskiej kultury gry” odnosi się w tej
chwili o wiele bardziej do Championship czy Scottish Premier League niż do
samej PL. Gra zdecydowanie przyspieszyła, liczy się w niej bardziej prędkość
niż mięśnie, coraz mniej występuje „boiskowych brutali”, taki Wimbledon z końca
ubiegłego i początku tego tysiąclecia nie miałby dzisiaj prawa bytu, a piłkarze
tacy jak Joey Barton to już „ostatki” tamtych czasów. Wymiernie pokazuje to
liczba czerwonych kartek na boiskach ligi angielskiej. W sezonie 99/00 było ich
aż 70, w 06/07 już 52, a w tym sezonie jest ich obecnie poniżej 40. Zwiększa
się również liczba obcokrajowców, którzy przynoszą ze sobą przede wszystkim błyski
talentu technicznego czy finezji, a nie siłę fizyczną i brutalności. Teraz
pozostaje sobie zadać pytanie, czy wolimy oglądać futbol odznaczający się
brutalnością z przebłyskami piękna, czy czyste piękno gry z dozą brytyjskiego
charakteru?
Ostatnio na
jednej z grup na Facebooku pojawiło się pytanie, jakie drużyny umieścilibyśmy w
PL, gdyby zależało to jedynie od nas. Dominowały kluby, o których już tu
wspominałem wielokrotnie: Leeds, Portsmouth, Fulham, przewijało się Milwall z
ich fanatycznymi kibicami. Sam również wziąłem w tym udział, dodałem oczywiście
Leeds, dodałem Fulham, głównie ze względu na moje uwielbienie do Cravan Cottage,
dorzuciłem Milwall, Wimbledon i od siebie Accrington Stanley, które jest moją
miłością z Football Managera. Najchętniej widziałbym te wszystkie drużyny
walczące co tydzień na antenie telewizyjnej, co nie oznacza jednak, że nie
chciałbym tam widzieć Watfordu, Hull czy Swansea. Wręcz przeciwnie. Chciałbym
je tam wszystkie! Bo jeśli kochamy słodycze, to nie ograniczamy się przecież do
jednego kawałka tortu.
Futbol
ewoluuje, Premier League też, a jedyne co pozostaje bez zmian to emocje, które
temu towarzyszą. Brak już co prawda takich zespołów jak „crazy gang” Vinniego
Jonesa, jedynych w swoim rodzaju drużyn jak Leeds czy charakterów Erica Cantony,
ale mamy za to nową jakość w angielskiej piłce. Widoczna jest duża odwaga
zespołów, które wchodzą do elity i chcą w niej grać w piłkę, a nie robić
krzywdę rywalom. Należy się jedynie do tego dostosować i cieszyć tym, że liga
angielska nie daję się sobą zanudzić, tak jak lecący 20 sezon z rzędu serial w
telewizji publicznej. A nawet jeśli uważamy, ze widzieliśmy już wszystko i nie
zaskoczy nas nic, to wciąż może się pojawić takie Leicester i zakochujemy się
od nowa. Czy ktoś więc w obliczu tego żałuję widząc w PL takie zespoły jak
Bournemouth potrafiące wyjść z 0:2 z Liverpoolem na 3:2? No bo przecież czy w
takim wypadku lepsze jest wrogiem dobrego?




