poniedziałek, 23 kwietnia 2018

+/- Chelsea 2:0 Southampton


Na Wembley graliśmy z drużyną Świętych. Spotkanie od pierwszych minut było rozgrywane w rodzinnej atmosferze, zupełnie inaczej niż wczorajsze Tottenham-United. Całe szczęście mecz z minuty na minutę się rozkręcał i po pierwszej,apatycznej połowie, druga stała na wysokim poziomie. Do składu powrócił Willian, zastępując Moratę, co za tym idzie Conte zrezygnował z gry na dwóch napastników i powrócił do gry skrzydłowymi. Ten mecz miał dać nam możliwość gry w finale FA Cup. Od samego początku atakowaliśmy. Sprawę mieliśmy o tyle łatwą, że Mark Hughes bardzo defensywnie ustawił swoją drużynę. Ich jedyną szansą były groźne kontrataki, który zbytnio wielu nie było.

Olivier Giroud został wybrany do składu kosztem Moraty i na początku pierwszej połowy udowodnił, że był to słuszny wybór. W piękny sposób wymanewrował całą obronę Świętych i skierował piłkę do pustej bramki. Facet w Chelsea jest zaledwie od kilku miesięcy a wyglądana na człowieka, który dałby się "pokroić" za The Blues. Zaangażowanie i pasję widać w każdej jego akcji. Obok niego do udanych swój występ powinien zaliczyć Eden Hazard. Lider Chelsea wielokrotnie próbował dryblingów. Mecz mógł kończyć dubletem, jednak w obu przypadkach zabrakło szczęścia przy strzałach z dystansu. W środku pola królował Kante, odbierał prawie wszystkie piłki i dobrze wyprowadzał piłkę. W zastępstwie pauzującego Alonso wystąpił Emerson i trzeba mu przyznać, że zaprezentował się przyzwoicie. Praktycznie nie musiał pracować w destrukcji, ale w ofensywnie dawał dużo jakości.

Cała linia defensywna nie miała za dużo pracy. Wyjątkowo nikt ze stoperów nie popełnił błędu i pierwszy raz od bardzo długiego czasu Chelsea zagrała na zero z tyłu. W półfinale szansę dostał Caballero, można powiedzieć, że wykorzystał szansę. Jedyny błąd popełnił na linii końcowej wypuszczając piłkę z rąk, jednak sędzia odgwizdał faul Austina.

Z ławki na boisku zameldował się Morata, nawet strzelił piękną z główki po dośrodkowaniu Azpilicuety co oczywiście nie może być żadnym zaskoczeniem. Potwierdza się jedna,smutna reguła, że Alvaro potrafi grać tylko głową. Miał jeszcze dwie wyśmienite sytuacje, aby zamienić je na bramkę, lecz się pomylił. Nie były to ciężkie sytuację i spokojnie powinien je wykorzystać.

Był to mecz, który po prostu trzeba było wygrać. W finale spotkamy się z Manchesterem United. Zapowiada się wielkie starcie między trenerami, którzy ewidentnie za sobą nie przepadają. Jest to jedyna szansa, żeby rok 17/18 zakończyć z jakimś trofeum w klubowej gablocie.